1 października 2014

Alterra, Anti-age, kapsułki pielęgnujące z wyciągiem z orchidei

W ostatnim czasie na skórę mojej twarzy bardzo dobrze działają olejki. Stosuję je na noc, aby porządnie nawilżyć, odżywić i zregenerować skórę. Używam różnych olejków (makadamia, migdałowym, arganowy, z pestek moreli, orzecha włoskiego), ale jakiś czas temu przy zakupach w Rosmannie skusiłam się na gotowe 'mieszanki olejków'. W promocyjnej cenie (3,59 zł) kupiłam kapsułki pielęgnujące z wyciągiem z orchidei Alterra Anti-Age i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły! ;-)




W opakowaniu otrzymujemy 7 kapsułek na tygodniową kurację, jednak myślę, że można bez przeszkód stosować je od czasu do czasu - po prostu w okresach kiedy nasza skóra tego potrzebuje. Dodatkowo nie należy sugerować się nazwą Anti-Age, ponieważ bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku młodszej cery.




Kapsułki mają bardzo dobry skład, głównie są to po prostu naturalne olejki, dlatego właśnie zdecydowałam się na nie ze wszystkich dostępnych.




Ogromnym plusem jest fakt, że w kapsułce otrzymujemy dużą ilość olejku! Wystarcza go żeby posmarować całą twarz i np. jeszcze szyję, ręce czy co tylko potrzebujemy. 

Co do działania, jestem bardzo zadowolona. Kapsułki świetnie nawilżają, odżywiają i regenerują skórę. Rano jest mięciutka i gładka. Pomaga także w walce z zaczerwienieniami czy drobnymi krostkami - zdecydowanie je łagodzi. Testowałam je latem, ale myślę, że cudownie sprawdzą się zimą, gdy skóra może być przesuszona i zmęczona niskimi temperaturami.  

Zaletą jest również bardzo miły i uprzyjemniający stosowanie zapach.

Stosowałyście kapsułki Alterra czy wolicie czyste olejki?:-)

14 września 2014

Ziaja Nuno, maska z zieloną z glinką

Chociaż aktualnie skóra mojej twarzy jest w całkiem dobrej kondycji, z pielęgnacji nie wyłączyłam całkowicie maseczek oczyszczających z glinkami. Pomagają one walczyć z nawet tymi drobnymi niedoskonałościami, z którymi większość z nas od czasu do czasu się boryka. Ostatnio natrafiłam na ciekawą maseczkę z Ziaji z serii Nuno, dokładnie jest to maska z zieloną glinką. Czy jest ona dobrą alternatywą dla naturalnych glinek? Zapraszam na recenzję!




Jestem zadowolona z działania maseczki. Jest ona zdecydowanie delikatniejsza niż czysta glinka, ale ma to swoje plusy - można dzięki temu stosować ją częściej, jest łatwiejsza w aplikacji i pachnie zdecydowanie lepiej :-) Zapach jest bardzo przyjemny, ale delikatny. 
Maska spełnia swoje podstawowe zadania - redukuje nadmiar sebum, łagodzi wszelkie zmiany trądzikowe czy zaczerwienienia. Nie zgadzam się jednak z zapewnieniem producenta, że ma ona nawilżać. Ma działanie ściągające, może nawet delikatnie wysuszać (koniecznie po jej użyciu muszę mocno odżywić i nawilżyć skórę). Lubię ją stosować, kiedy widzę, że moja cera zaczyna delikatnie szaleć, maseczka świetnie ją koi i uspokaja.



Maseczka ma jasnozielony kolor. Jej konsystencja jest kremowa i dość rzadka, jednak bez problemu można ją nałożyć na twarz. W przeciwieństwie do glinek, nie zastyga i łatwo się ją zmywa. 

Podsumowując, polecam maseczkę, ale raczej do cery mieszanej z drobnymi niedoskonałościami niż do trądzikowej.

Znacie? Dajcie znać jak sprawdza się u Was i jakie są Wasze ulubione maseczki przeciwtrądzikowe :-)

26 sierpnia 2014

Golden Rose Lipstick nr 55

Czy też macie wrażenie, że już jesień? Pogoda za oknem mnie w tym utwierdza. Zimno, deszczowo i wietrznie. W związku z tym powoli odchodzę od letnich kolorów w makijażu i zaczynam sięgać po głębokie, ciemniejsze i mocniejsze odcienie. Tak było z pomadką, którą Wam dzisiaj pokażę. Jej kolor od razu skojarzył mi się z aktualną pogodą :-) Mowa o Golden Rose Lipstick w odcieniu nr 55.




Szminki Golden Rose są bardzo tanie, bo kosztują jedynie 8,60 zł, dlatego często kupuję nowe kolory. Co bardzo pozytywnie zaskakuje, za niską ceną idzie wysoka jakość. Niewiele różnią się od droższych szminek.



Tym razem zdecydowałam się na odcień nr 55 - głęboką, winną czerwień, która delikatnie wpada w bordo. Idealny kolor na jesienne usta :-)

Zmieniacie kolory w makijażu jesienią?;-)

20 sierpnia 2014

Kallos, Crema al Latte, maska do włosów

Dzisiaj zapraszam na wpis o produkcie wręcz owianym legendą. Bardzo długo zbierałam się do jego zakupu, ale po przeczytaniu w sumie kilkudziesięciu pozytywnych opinii i zachwytów na jego temat, nie mogłam dłużej czekać. Bo kto nie słyszał o masce do włosów Kallos Crema al Latte?



Maseczkę zakupiłam w największym dostępnym opakowaniu, czyli 1000 ml. Zapłaciłam za nią około 11 zł w hurtowni fryzjerskiej, co jest wręcz śmieszną ceną za tak dużo produktu. Opakowanie to plastikowy, zakręcany słoik. Łatwo wydobyć z niego kosmetyk i można bez problemu wykorzystać go do końca.

Działanie maski jest cudowne! Włosy są miękkie, wygładzone i wyraźnie odżywione i pięknie błyszczą. Przy regularnym stosowaniu poprawia się ich kondycja i nawilżenie. Kosmetyk ułatwia rozczesywanie włosów i nie obciąża ich. Maska stosowana naprzemiennie z olejkami pozwala mi dogłębnie zadbać o włosy. Zazwyczaj nakładam ją na minimum 30 minut, ale jak tylko mam czas to trzymam ją na włosach dłużej. 
Jedną z ogromnych zalet maski jest jej przepiękny zapach. Waniliowy budyń - to jego idealne określenie. Zapach jest bardzo intensywny i zdecydowanie uprzyjemnia stosowanie produktu. Dodatkowo utrzymuje się on na włosach bardzo długo! Nie wiem jak to możliwe, ale czasem nawet po kolejnym myciu włosów go czuję :-) Zdecydowany plus!


Konsystencja maski jest idealna. Dość gęsta, nie za rzadka, kremowa. Nie spływa z włosów. Wystarczy ją nałożyć, spiąć włosy w koka i nie musimy się martwić, że cokolwiek będzie kapać. 

Kto jeszcze nie stosował maski Kallos Latte niech dłużej nie zwleka z zakupem!:-) Jakie są Wasze doświadczenia z nią?

18 sierpnia 2014

Lirene, Youngy 20+, balsam z jabłkiem, balsam z mango

W ostatnich miesiącach uzależniłam się od balsamów do ciała. Wcześniej dość rzadko je stosowałam, raczej okazjonalnie i traktowałam to wręcz jako karę, a nie przyjemność. Teraz nie wyobrażam sobie nie posmarować się balsamem po prysznicu czy kąpieli! Najbardziej lubię balsamy, które szybko się wchłaniają, nie pozostawiając tłustej czy klejącej warstwy na skórze, a przy tym dobrze nawilżają i odżywiają. Z tymi zadaniami świetnie sobie radzą balsamy Lirene z serii Youngy 20+. Przedstawię dwie wersje - balsam z jabłkiem oraz balsam z mango.




Balsamy zamknięte są w dużych butlach o bardzo przyjemnej dla oka szacie graficznej. Otrzymujemy 400 ml kosmetyku, co jest sporą ilością, gdyż jest on bardzo wydajny i wystarcza na długo. Kosztuje od 13 do 20 zł, często dostępny w promocyjnej cenie.

Balsam z jabłkiem - zmysłowa jędrność




Balsam z mango - kojąca regeneracja




Obie wersje zapachowe bardzo przypadły mi do gustu. Zapachy są naturalne, absolutnie nie czuć w nich chemii. Dodatkowo utrzymują się przez jakiś czas na skórze, są delikatne i nienachalne. Jak dla mnie zapachy są zdecydowaną zaletą tych balsamów. Dostępne są jeszcze dwie wersje: oliwki oraz papaja.

Jeśli chodzi o działanie balsamów mają one spełniać nieco inne zadania. Balsam z jabłkiem ma ujędrniać i uelastyczniać skórę, natomiast wersja z mango ma ją regenerować. Przyznam, że dla mnie oba balsamy działają bardzo podobnie. Pozostawiają skórę nawilżoną, miękką, przyjemną w dotyku. Przy regularnym stosowaniu staje się ona zregenerowana i odżywiona, poprawia się jej elastyczność. Ciężko mi rozgraniczyć ich działanie, dla mnie główną różnicą w nich jest przede wszystkim zapach :-)


Konsystencja balsamów jest lekka, ale nie za rzadka, nie przelewa się między palcami, dla mnie jest idealna. Łatwo rozprowadza się je na skórze, nie pozostawiają smug i co najważniejsze - bardzo szybko się wchłaniają! 

Balsamy z serii Youngy 20+ zdecydowanie na dłużej zagoszczą w mojej łazience. Świetne działanie, wydajność, cena, czego chcieć więcej? Jak dla mnie są to idealne produkty po porannym prysznicu, kiedy chcę szybko nawilżyć skórę bez konieczności czekania aż balsam się wchłonie :-)

Jakie są Wasze ulubione balsamy, które szybko się wchłaniają i dobrze nawilżają skórę?;-) A może tak jak ja lubicie się z balsamami Lirene?

10 sierpnia 2014

Lovely, Curling Pump Up Mascara

Dziś opowiem co nieco o moim ulubionym tuszu do rzęs, który towarzyszy mi już od ponad roku, a jest nim Curling Pump Up Mascara Lovely.



Maskara pogrubiająca i unosząca rzęsy. Gwarantuje efekt maksymalnie pogrubionych i wydłużonych rzęs. 


Na tusz skusiłam się głównie dzięki wielu pozytywnym opiniom przeczytanym na blogach. Chociaż wiem, że moja recenzja będzie tylko kolejną do kolekcji, mam nadzieję, że być może namówię kogoś do zakupu, tak jak podziałało to na mnie :-) Dodatkowym plusem zachęcającym do zakupu była również cena, gdyż maskara kosztuje około 9 zł, a często można ją dorwać także w promocyjnej cenie.

Zanim zaczęłam używać tuszu Lovely stosowałam Maybelline Colossal Volum' Express, który nadal bardzo lubię, ale sądzę, że Curling Pump Up Mascara może się z nim równać. Tusze dają nieco inne efekty, ale oba mi się podobają i uważam je za maskary, które najlepiej współgrają z moimi rzęsami.


Tusz Lovely posiada silikonową szczoteczkę, delikatnie wygiętą w łuk z różnymi długościami włosków, dzięki czemu łatwo można nadać rzęsom pożądany wygląd. Szczoteczką bardzo łatwo się manewruje, jest ona dość cienka i mała i bez problemu można pomalować rzęsy w wewnętrznym kąciku (w porównaniu do np. Colossala). 

Jaki efekt daje Curling Pump Up Mascara? Przede wszystkim cudownie wydłuża i podkręca rzęsy w naturalnie wyglądający sposób. Nie są one posklejane, nie wyglądają teatralnie. Z pogrubianiem rzęs tusz radzi sobie troszkę gorzej, ale ja i tak jestem bardzo zadowolona z efektu jaki nim uzyskuję.



Tusz nie osypuje ani nie kruszy się w trakcie noszenia. U mnie wytrzymuje w stanie nienaruszonym cały dzień. Nie ma też problemów z jego zmywaniem, olejki i płyny dwufazowe dają sobie z nim radę.

Ogromnym plusem jest też odcień tuszu - to głęboka, intensywna czerń.

Jeśli nadal zastanawiasz się nad zakupem Curling Pump Up Mascara - marsz na zakupy! Nie ma co zwlekać, bo ten tusz to świetny jakościowo kosmetyk za niską cenę. Czego chcieć więcej? ;-)

2 sierpnia 2014

Golden Rose Lipstick nr 92

Ostatnio do mojej kolekcji szminek dołączył nowy egzemplarz - Golden Rose Lipstick w odcieniu nr 92. O pomadkach z tej serii pisałam już kilkakrotnie: 65, 113, 114, 127. Dziś zapraszam na prezentację odcienia, który najłatwiej określić jako baby pink :-)




Jeśli interesuje Was dokładniejsza recenzja samej pomadki to zapraszam, do któregoś z moich poprzednich postów na temat szminek Golden Rose. W skrócie - mnóstwo kolorów i wykończeń, świetna jakość i niska cena (8,60 zł). 

Szukałam podobnego odcienia już od jakiegoś czasu aż wreszcie natrafiłam na swój ideał ;-) Bardzo jasny, cukierkowy, pastelowy róż w chłodnej tonacji. 




Uwielbiam takie odcienie różu - delikatny, a jednak stanowi dość zdecydowany akcent w makijażu! Poniżej prezentacja 'naustna' :-)


Jakie są Wasze ulubione odcienie różu na ustach?

27 lipca 2014

Catrice, Camouflage Cream

W kwestii korektorów do twarzy jestem bardzo wybredna i mam spore wymagania. Przede wszystkim zależy mi na kryciu - ma być możliwie najmocniejsze. Do tego dodajmy trwałość, wytrzymałość, dobrą współpracę z podkładem oraz oczywiście nie może on wysuszać. I mamy kosmetyk idealny! Od kilku lat szukałam korektora, który będzie mi pasował. Bywały lepsze, gorsze, ale z żadnym nie polubiłam się w stu procentach aż po raz pierwszy użyłam kremowego kamuflażu Catrice. I w ten sposób znalazłam swój perfekcyjny korektor ;-)




Kremowy podkład korygujący o wysokim stopniu krycia. Trwała tekstura idealnie wtapia się w skórę ukrywając wszelkie niedoskonałości. Maskuje popękane naczynka, drobne blizny, przebarwienia oraz plamki. 


Zacznijmy więc od pierwszego aspektu czyli krycia. Kamuflaż bije pod tym względem inne korektory. Te które miałam okazję stosować wcześniej nie pozwalały na tak znakomite zatuszowanie niedoskonałości przy jednoczesnym zachowaniu naturalnego wyglądu. Korektor idealnie sprawdza się na wszelkie plamki, przebarwienia, pozostałości po krostkach, ale także i pod oczy. Jest to kolejna bardzo istotna dla mnie kwestia. Cienie pod oczami to moja mała zmora (chociaż aktualnie wyglądają nieco lepiej) i potrzebuję kosmetyku, który da sobie z nimi radę. Kamuflaż Catrice świetnie sprawdza się pod tym względem. Również gdy wyskoczy mi jakaś krostka nie muszę się martwić, bo wiem, że będę w stanie ją bez problemu zatuszować. 
Co do trwałości korektora, nie mam żadnych zastrzeżeń. Utrzymuje się praktycznie cały dzień, nie tworzy nieestetycznych plam, ładnie stapia się z podkładem. Dla mnie najlepszym sposobem jego aplikacji jest zdecydowanie wklepywanie, co pozwala na uzyskanie bardzo naturalnego efektu. Korektor wymaga delikatnego przypudrowania. 
Kamuflaż ma dość gęstą konsystencję, jeśli nakładamy go palcami, delikatnie rozpływa się pod wpływem ciepła ciała. Jest bardzo kremowy, ale dla niektórych na początku może wydawać się za ciężki. Dlatego trzeba uważać, bo naprawdę nie potrzeba go wiele! Wystarczy malutka ilość, aby ukryć cienie pod oczami, rozświetlić je czy zatuszować przebarwienia. Co prowadzi do kolejnej zalety, jaką jest wydajność. Niedawno wykończyłam pierwsze opakowanie i proces ten trwał ponad pół roku, co jest świetnym wynikiem. 

Dostępny jest w trzech odcieniach, także każda z nas znajdzie odpowiedni dla siebie. Aktualnie posiadam 030 Rosy Beige, który jednak jest dla mnie nieco za różowy. Dlatego muszę zaopatrzyć się w odcień jaki miałam poprzednio, czyli 020 Light Beige, bo w nim przeważają żółte tony. Do wyboru mamy także 010 Ivory, który z pewnością będę stosować zimą. 
Warto jeszcze zwrócić uwagę, na świetne opakowanie. Malutki, bardzo poręczny słoiczek, który mieści w sobie 3 gramy produktu. Pozwala on na zużycie kosmetyku do końca.
Koszt kamuflażu to 12,99 zł, co jest świetną ceną za tak dobry jakościowo produkt! Warto rozejrzeć się za nim w Naturze czy Hebe ;-)
Znacie, lubicie? ;-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...